fbpx
Turnieje

Turniejowa turystyka? Dziś każdy może spełniać dziecięce marzenia

2 sierpnia 2021
2 min czas czytania

Na międzynarodowe turnieje dziecięce i młodzieżowe jeżdżą przeważnie największe polskie akademie. Czy to jest reguła? Nie, bo jeśli czegoś bardzo się chce – można to zrealizować. I przede wszystkim: dać dzieciom wielką radość. Kwakowo to wieś mająca zaledwie 650 mieszkańców, a zawodnicy stamtąd przynajmniej raz w roku wyjeżdżali na duży turniej poza granicami naszego kraju, grając z Borussią Dortmund, Manchesterem United, RB Salzburg czy Udinese. Jak tego dokonali?

Olimpijczyk Kwakowo to klub, który… już nie istnieje. Miesiąc temu ich jedyny rocznik w “strukturach” młodzieżowych, których de facto nigdy nie mieli, zakończył swoją działalność na etapie trampkarza. Aczkolwiek przez ostatnie osiem lat, bazując tylko na zawodnikach ze swojej wioski i gminy Kobylnica, przeżyli wiele wspaniałych przygód, odwiedzając kilka krajów w Europie, gdzie mieli okazję uczestniczyć w mocno obsadzonych turniejach w Holandii, Włoszech, Danii, Austrii, Hiszpanii, czy Słowacji.

Jak to możliwe? Skąd na to pieniądze, skoro są klubem, z małej wioski, bez struktur młodzieżowych, bez selekcji, bez dobrej infrastruktury (jedno trawiaste boisko nieoświetlone) i bez dużego sponsora? Można wręcz rzec, że nie mieli totalnie nic, a i tak byli w stanie zagwarantować chłopcom wielkie emocje, niesamowite przygody poza granicami naszego kraju. Jak?

– Pierwsze wyjazdy organizowaliśmy z własnej kieszeni. Tomasz Adkonis zapewnił nam dwa busy, dołożyliśmy pieniądze na paliwo, rodzice też się zrzucili i jechaliśmy grać. Od tego się zaczęło. Później, gdy jechaliśmy do Hiszpanii zorganizowaliśmy duży festyn rodzinny, gdzie zbieraliśmy pieniądze na marzenia chłopaków. Tworzyliśmy też różne zbiórki w Internecie. I w taki sposób pojechaliśmy do Hiszpanii, dokładając też jeszcze własne środki – opowiada o początkach prezes Olimpijczyka Kwakowo, Mirosław Lewandowski.

W pewnym momencie klub założył sobie takie cele, żeby dążyć zaciekle do tego, żeby przynajmniej raz w roku zagrać na turnieju międzynarodowym. Wychodzili z założenia, że chłopakom się to bardzo przyda.

– Czasem wychodziły nam dwa turnieje międzynarodowe w roku, ale ten jeden zawsze musiał być. Z kolei w kraju jeździliśmy na wszystkie zawody, jakie tylko się dało, żeby chłopcy nabierają większej pewności siebie i mentalności zwycięzcy. Bo to były dwa aspekty, z którymi mieli największe problemy jako dzieci – tłumaczy Dariusz Protas, kierownik drużyny i wiceprezes klubu.

Najpierw jeździli na turnieje za własne pieniądze i z różnych zbiórek. To nie umknęło uwadze gminie i innym sponsorom, którzy chcieli też wspomóc ambitnych chłopaków z Kwakowa – Później to się tak rozwinęło, że coraz większe pieniądze nasz klub był w stanie wydawać na wyjazdy. Gmina Kobylnica nam też pomagała. Doszliśmy do momentu, gdzie coraz łatwiej było nam się pozbyć firmowych pieniędzy, żeby pomóc tym dzieciom. Wkład rodzicielski był zawsze mały, staraliśmy się o to, żeby zminimalizować koszty rodzicom. Chcieliśmy dawać radość tym dzieciakom. Wiele pociech z małych wiosek nigdy nie będzie miało okazji, żeby w ogóle wyjechać za granicę, nie wspominając o grze na międzynarodowych turniejach, a my zwiedziliśmy i graliśmy w wielu krajach w Europie. Zauważyliśmy, że po każdych zagranicznych wyjazdach nasi zawodnicy wracali do Polski jeszcze silniejsi i chcieli pracować ciężej. To była dla nich motywacja – wyjaśnia Lewandowski.

– Pod względem finansowym nasz klub miał dwóch fantastycznych sponsorów. Dzięki temu było nas stać na wszystkie turnieje międzynarodowe. Rodzice naszych zawodników praktycznie za nic nie płacili. Gmina Kobylnica też nam pomagała. Tu są ludzie tak oddani, że bez nich nie dalibyśmy rady, a mam na myśli: Mirosława Lewandowskiego, Tomasza Adkonisa i Leszka Kulińskiego (wójt gminy Kobylnica). Do tego też mamy fantastycznych rodziców – dodaje Krzysztof Muller, szkoleniowiec Olimpijczyka Kwakowo.

Przez ponad sześć lat jeździli na różne turnieje międzynarodowe i grali z takimi drużynami jak: FC Barcelona, Stoke City, HSV Hamburg czy RB Lipsk.

– Z tymi ostatnimi nawet wygraliśmy na turnieju w Austrii. Groteskowo brzmi zdanie:”Akademia, która powstała za 30 milionów euro, odpadła z Kwakowem”. Stworzyliśmy fajną historię – podkreśla.

Co takie turnieje mogą dać młodym zawodnikom z wioski, oprócz tego, że mogą sobie pozwiedzać Europę? – To jest doświadczenie, którego nie można kupić. Gdy mieliśmy w klubie dwa roczniki: 2005 i 2006 to każda drużyna raz jechała w roku na turniej międzynarodowy. Do momentu lockdownu byliśmy, bodajże na ośmiu turniejach rangi międzynarodowej. Najbardziej pamiętam rozgrywki na Słowacji, które były eliminacjami do turnieju w Hiszpanii, gdzie grały najlepsze drużyny na całym świecie: FC Barcelona, PSG, Real Madryt, Stoke City itp. I był tam jeden klub z Polski… Olimpijczyk Kwakowo. Kapitalny turniej. Poziom? Kosmiczny. To tak, jakby zestawić ze sobą malucha z odrzutowcem. Zupełnie inna liga. Chłopcy nie wiedzieli, co tam się stało. Przez tydzień dochodzili do siebie. Jak to na nich podziałało? Jak płachta na byka, bo wrócili z takim zapałem do pracy, że wygrali Deichmann Cup i pojechali na mistrzostwo Polski w swoim roczniku. Turniej w Hiszpanii dał naszym chłopcom jeszcze większy bodziec do dalszej pracy. Chcieli być jeszcze lepsi – opowiada Muller.

O tym, jaki był mocny ten turniej w Hiszpanii niech świadczy, chociażby fakt, że grali na nim Ansu Fati czy Xavi Simons. Oczywiście, byli w innych rocznikach, ale chłopcy z Kwakowa mogli oglądać z bliska wielką piłkę, świetnych piłkarzy i sami też rywalizowali z najlepszymi zespołami na świecie.

Jaka jest puenta tej historii? Dzisiaj chłopcy z Kwakowa mają po 14 i 15 lat. Osiem lat trenowali w Olimpijczyku i dopiero teraz opuścili ten zespół i wyjechali w Polskę. Do Legii Warszawa, Arki Gdynia, Widzewa Łódź czy Olimpii Grudziądz. W wiosce, która ma 650 mieszkańców byli w stanie stworzyć świetną drużynę, która wzmacniała się każdy kolejnym zagranicznym wyjazdem. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się to niemożliwe, a jednak tego wykonali. Jeśli się czegoś bardzo chce i o to mocno zabiega, można spełnić marzenia.

FCapp Team
O AUTORZE

Ekipa pasjonatów sportów, w szczególności piłki. Teksty pisze w zasadzie cały zespół, czasem również przy współpracy zewnętrznych redakcji związanych ze środowiskiem piłkarskim.

Udostępnij